Strach przed ludźmi.

 “Bo ten, kto raz nie złamie w sobie tchórzostwa, będzie umierał ze strachu do końca swoich dni.”

Andrzej Sapkowski.

Wyobraziłam sobie dzisiaj świat. Świat, w którym potrafimy wyzwolić się z lęku. Z pewnego rodzaju lęku, który jedni uważają za pierwotny, a inni za nabyty w procesie socjalizacji.

Ze strachu, który towarzyszy nam przez całe życie. Ze strachu przed drugim człowiekiem.

Ludzie w tej wizji byli dla siebie braćmi i siostrami. Nikt nigdy nikomu nie wyrządził krzywdy. Stąd nikt nikogo nie podejrzewał o złe czyny. W tym świecie byliśmy wolnymi ludźmi. Wolnymi, bo uwolnionymi od lęków. Mogliśmy wyjść ze swoich mieszkań w środku nocy i pójść do ciemnego lasu. Mogliśmy wyjść na ulice i śpiewać niepoprawne politycznie pieśni.

Mogliśmy.

Bo w ludziach było tylko dobro.

Nie musieliśmy obawiać się nikogo i nikt nigdy nie musiał obawiać się nas. Spotkanie człowieka w środku lasu powodowało w naszych sercach większy spokój i radość, niż dziś moglibyśmy sobie nawet wyobrazić. Nie podejrzewaliśmy nikogo o złe zamiary. Nie baliśmy się, że za rogiem możemy dostać nożem między żebra. Prędzej spodziewaliśmy się pomocy od nieznajomego, aniżeli gonga w twarz. Nie wyobrażalibyśmy sobie nawet, że można czuć strach przed innym człowiekiem. Było to dla nas niezrozumiałe- przecież wszyscy jesteśmy tacy sami. Jesteśmy braćmi.

Drugi człowiek był naszą ostoją, drogowskazem, pomocą i bratnią duszą. Był kimś kogo naprawdę chcieliśmy spotkać na swojej drodze.

Był kimś, kim dziś nie są nawet nasi najbliżsi. Ci, którzy uważają się za “najbliższych” ze względu na więzy krwi. Ci, którzy obgadują Cię za plecami. Ci, którzy czekają na Twoje jedno potknięcie, żeby móc zaśmiać Ci się prosto w twarz i powiedzieć “a nie mówiłem!”. Ci, którzy z zazdrości chcą dla Ciebie gorzej, niż dla siebie. Ci, którzy nigdy się do tego nie przyznają, bo powiedzą: “przecież jesteśmy rodziną, wiesz, że chcę dla Ciebie dobrze”.

Pozornie szczerzy. Wśród tłumu ludzi bardziej nieznajomi, niż Ci, których sami wybieramy na ludzi bliskich naszym sercom. I tym samym stają się oni bliżsi, niż łączność tej samej krwi płynącej w żyłach. Krwi zgniłej. Zepsutej przez pieniądze, wysokie ego i innych ludzi. Krwi zimniejszej, niż stal.


 

Niestety widzę wyraźnie, że obraz, który miałam przed oczami, obraz wyzbytego lęku przed ludźmi- jest nierealny. To utopia. Nigdy nie był możliwy i nigdy nie będzie. Sami sobie zgotowaliśmy los, w którym boimy się wyjść na ulicę, czy wypuścić dziecko na dwór, po zmroku.

Po co więc, w ogóle wyobrażenia o tym co mogłoby być, a nigdy nie będzie? Po co takie wizje nagle, w ciągu wykonywania najprostszych czynności pojawiają się w mojej głowie? Jest ich więcej. Dużo więcej. Obrazów bardzo dobrych i tych bardzo złych. Takich, które nigdy nie miały miejsca i tych, które nigdy miejsca mieć nie będą. Obrazów, z którymi nie mogę nic zrobić. Mogę je jedynie tu opisać. Tylko po co? Żeby nie zabrać ich do grobu?

Jakby to miało coś zmienić.

 

 

Dagmara Sobczak
dagmarasobczak88@gmail.com

Hej! Jestem Daga. Socjolog z wykształcenia, ale i z zamiłowania. Moją misją jest działanie, pomaganie i inspirowanie. I wiesz co? Robię to na milion różnych sposobów. :)