W pogoni za popularnością

Chciałabym wierzyć, że do wszystkiego człowiek dorasta. Że niezależnie co robi, w końcu dochodzi w swoim życiu do etapu, gdzie zaczyna dostrzegać, że lepiej jest być niż mieć. Przestaje na siłę walczyć, nie kopie się już z koniem, tylko docenia, to co ma, szanuje i bierze za to odpowiedzialność.


Walczymy na co dzień z perfekcjonizmem, pragniemy być najlepsi. Niezależnie czy boimy się porażki, czy przeraża nas zwycięstwo, próbujemy przeć do przodu. Być bardziej, widzieć więcej, gonić jeszcze szybciej. Zaczytujemy się w motywacyjnych poradnikach, uczymy się jak rozwijać biznes, porównujemy nasze zarobki do innych osób i wpadamy w popłoch. Co jeszcze trzeba zrobić, żeby być bardziej? Bardziej popularnym, mądrzejszym? Co trzeba zrobić, żeby zbierać poklask i zarabiać jeszcze więcej?

To nie jest historia o mnie. To nie jest też historia o Tobie. To historia po trosze o każdym z nas.

 

W pogoni za popularnością…

Odkąd pamiętam największą wartością, jaką cenię w życiu – jest wolność. Jeśli kiedykolwiek miałabym o coś walczyć z całych sił – to właśnie o nią. Bycie sławnym łączę z brakiem wolności. Dlatego nigdy nie chciałam. Ani trochę. Natomiast nie potępiam tych, którzy mają takie ambicje – każdy swoje życie niech przeżyje, tak jak chce.

Kiedy zaczęłam blogować, na mojej drodze siłą rzeczy pojawiały się kwestie związane z blogowaniem: jak zdobyć więcej lajków, jak rozhulać bloga, jak przyciągnąć nowych odbiorców (w zamyśle przecież wszystko dążyło do tego, jak stać się bardziej popularnym). I tak, ja też próbowałam różnych rozwiązań i ciągle chciałam więcej i więcej, aż w końcu zrozumiałam, że to, co mam jest dla mnie w pełni wystarczające.

Tak, wiem, że kiedy blog jest naszą pracą – inaczej się go postrzega, a pogoń za lajkami jest jak pogoń za pieniądzem. Im więcej będę ich miał, tym więcej zarobię. Im większe grono odbiorców, tym jest się czym pochwalić przed agencjami i markami.

Wiem to, bo blog jest jedną z form mojego zarobku, a mimo to, to, co mam stało się dla mnie w pełni wystarczające.

To mało biznesowe podejście, ale dążenie do ciągłego więcej, więcej, więcej – też nie jest do końca dobre. Żyjemy wtedy w ciągłym  nienasyceniu – nie doceniając tego, co mamy, a skupiając się na tym, czego jeszcze nam brak.

Zresztą im większą grupę odbiorców się ma, tym więcej odpowiedzialności ciąży na Twórcy, bo nie jest już on odpowiedzialny za jedną osobę, ale za setki tysięcy osób. Im więcej odbiorców, tym więcej pracy, związanej z odpowiadaniem na wiadomości, maile czy komentarze. Im większa społeczność, tym trudniej o dobre, intymne, długotrwałe relacje. Nagle przestaje widzieć się jednego człowieka, zaczyna się postrzegać tłum. I te intymne relacje to według mnie największa wartość, którą tracimy, kiedy naszych odbiorców jest bardzo dużo.

 

To, co mam, jest dla mnie w pełni wystarczające

Piszę ten tekst, bo ostatnio zrozumiałam, że to, co mam od jakiegoś dłuższego czasu stało się dla mnie w pełni wystarczające. Wiem, że nie prowadzę bloga, który będzie miał tyle odsłon co parenting, fashion, czy beauty. Wiem, że mój blog nie jest miejscem, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie. I wcale mi to nie przeszkadza. Nie czuję się przez to gorsza.

W świecie, kiedy najlepiej sprzedaje się pokazywanie ciała i kontrowersje – nie chcę walczyć ze swoim poczuciem intymności, empatią czy poszanowaniem dla inności. Raz jest moda na naturalność, innym razem na idealność – tylko niestety (stety) każda z nich szybko mija. Sami nie wiemy, czego chcemy, dlatego jedyne, z czego jestem dumna, to to, że cały czas pozostaje sobą. Gdzieś pośrodku tych wszystkich zmian.

Nie, nie zachęcam Cię do tego, by przestać rozwijać swoje miejsce w sieci. Dla mnie rozwój swojego miejsca i siebie, a pogoń za lajkami i nowymi odbiorcami to dwie różne rzeczy. Możesz rozwijać swoje miejsce, dla tych, którzy są z Tobą od dawna. Możesz także rozwijać je tylko dla siebie. Siłą rzeczy mogą przyjść do Ciebie nowe osoby, ale walka o lajki, wytykanie coraz większej liczbie Influencerów nieetycznych zachowań (kupowanie odbiorców, korzystanie z botów) jest na porządku dziennym. Jesteśmy świadkiem tego. Żyjemy w tym.

Dla mnie to takie gonienie króliczka. Gdzie jest koniec tej gonitwy? 20 tysięcy lajków, 600 tysięcy lajków, czy miliony? Kiedy powiemy stop? Czy nasycenie w tym aspekcie jest w ogóle realne?


Gwoli wyjaśnienia: nie mam nic przeciwko kupowaniu reklam na Facebooku. Ja też bym czasem chciała, żeby jakiś mój konkretny post, dotarł do większej ilości osób. Wtedy, kiedy czuję, że jest to coś ważnego. Nie mam też nic przeciwko działaniom, które mają przyciągnąć do nas więcej osób – jeżeli tylko wiemy, że będą to osoby naprawdę zainteresowane tym, co robimy. Czasem tylko mam poczucie, że przesadzamy, goniąc za tymi osobami, których jeszcze z nami nie ma. Część tej energii moglibyśmy spożytkować na docenienie tych osób, które są. 

Rozwijanie się jest ważne, dbanie o swoje miejsca w sieci też. Podobnie jak szukanie nowych kontaktów, ale przede wszystkim pamiętajmy i zadbajmy o siebie. Nie dajmy się wciągnąć w ten wyścig szczurów, bo ilość obserwujących w żaden sposób nas nie identyfikuje, jako lepszego czy gorszego człowieka. Tak samo, jak można być biednym, niepełnosprawnym, ale szczęśliwym człowiekiem, tak samo można być szczęśliwym z 100 obserwujących osób.

Kiedy to zrozumiemy, dużo łatwiej będzie nam docenić to, co mamy i skupić się na swoich czytelnikach, zamiast cały czas gonić tych, których jeszcze z nami nie ma.

Dagmara Sobczak
dagmarasobczak88@gmail.com

Hej! Jestem Daga. Socjolog z wykształcenia, ale i z zamiłowania. Moją misją jest działanie, pomaganie i inspirowanie. I wiesz co? Robię to na milion różnych sposobów. :)