Albania – Saranda – miejsce kontrastów

Kiedy wyruszałam do Albanii niecały miesiąc temu, nie wiele o niej wiedziałam. Mówiono mi o tym, że widoki w tym kraju są niezapomniane, jest tanio, a mieszkańcy są życzliwi. Spodziewałam się więc wiele. Czy jednak oczekiwania w tym przypadku nie przerosły rzeczywistości?

Sprawdźmy. 🙂


O odwiedzeniu Albanii marzyłam już od kilku lat, od momentu, kiedy pojawiłam się na greckiej wyspie Korfu. To tam, z plaży rozpościerał się cudowny widok na Albanię. Moja wyobraźnia wtedy działała na wysokich obrotach i gdzieś w głębi serca poczułam, że muszę kiedyś tam zawitać. W tym roku spełniłam swoje marzenie.

Wbrew temu, że od kilku lat podróżujemy na własną rękę, tym razem postanowiliśmy po latach przerwy, podjąć decyzję o podróży z biurem podróży. I muszę Wam powiedzieć, że byłam baaardzo pozytywnie zaskoczona. W porównaniu z biurem podróży, z którym byliśmy kilka lat temu w Bułgarii, widzę ogromną różnice. Wychodzenie naprzeciw klientom, rozwiązywanie na miejscu najmniejszych niedociągnięć (za częściowy widok na morze (mimo obiecywanego całościowego) dostaliśmy do wyboru zwrot pieniędzy, abo auto do wykorzystania na cały dzień – oczywiście wybraliśmy to drugie). Rezydenci byli bardzo dobrze przygotowani z wiedzy o Albanii i szczerze zakochani w tym miejscu. Jedną z pracowników była Polka na stałe mieszkająca w Albanii i to ona zorganizowała nam wieczór Albański. Codziennie były inne wycieczki, bardzo ciekawe i oryginalne w porównaniu z tymi proponowanymi przez inne biura podróży jak np. połów małż czy wycieczki na 4-osobowych quadach.

Jednak my, zdecydowaliśmy się na samodzielne zwiedzanie – jedynie skorzystaliśmy z oferty wieczorku Albańskiego, który był strzałem w 10, no i trochę zainspirowaliśmy się tym zwiedzaniem na quadach!:)



Drogi w Sarandzie

Saranda powitała nas gorącym powietrzem, kamienistą plażą i (niestety) zimnym morzem. Pierwsze, na co zwróciliśmy uwagę, jadąc do naszego hotelu, to specyficzny rodzaj poruszania się aut na drogach. Od rezydentek z naszego biura podróży dowiedzieliśmy się, że w Albanii istnieje niepisana zasada, że kto ma lepsze auto, ten na drodze może więcej. Stawanie na środku ulicy i zapalanie świateł awaryjnych w celu załatwienia swoich spraw? Normalka.

Mimo wszystko Albańczycy to dobrzy kierowcy, o czym świadczy ich pewność siebie za kółkiem. Potrafią zmieścić się w naprawdę wąskie uliczki. Nie raz miałam poczucie (jadąc autobusem), że tym razem na pewno zahaczymy o to zaparkowane auto, albo o krawężnik… albo zaraz na pewno coś się wydarzy… jednak nic z tych rzeczy.

Albańczycy w samochodzie lubią słuchać głośnej muzyki (oczywiście szyba musi być uchylona), a klaksonu używają 3 razy częściej niż Polacy. Niech Was to jednak nie zmyli. Wcale nie są bardziej nerwowi na drodze niż my. Dla nich użycie klaksonu to przede wszystkim pozdrowienie. W dobrym guście jest zatrąbić, kiedy kogoś wyprzedzasz i go mijasz. To całkiem przyjemny nawyk, który nie raz sprawił, że uśmiechnęliśmy się na drodze (czy to wtedy gdy jechaliśmy wypożyczonym autem, czy quadem). Chociaż zdecydowanie częściej pozdrowienie zdarza się, kiedy jesteś na quadzie albo skuterze. Z czego to wynika? Niestety nie wiem.



Saranda, a jej mieszkańcy

Spędziliśmy w Sarandzie ponad tydzień i przekonaliśmy się nieraz, że życzliwość i ciepło Albańczyków może szokować. W restauracjach, w sklepach, w wypożyczalniach – wszędzie pracują uśmiechnięci, ale przede wszystkim uczciwi ludzie. Kilka razy zdarzyło nam się płacić w euro. Zawsze przeliczali na swoją walutę tak, że turysta nigdy nie był stratny.

Kiedy pojawiał się jakiś kłopot, nie ma żadnego problemu, żeby rozwiązać go polubownie, na korzyść klienta. Tam obsługa jest zupełnie na innym poziomie niż w Polsce. U nas rządzi biurokracja, przepisy, system. Tam, cały czas ostatnie zdanie ma człowiek. I tu jest idealne miejsce na to, by przywołać pewną historię. Otóż, kiedy wypożyczyliśmy quady na cały dzień, dwa razy w jednym z nich przetarło się koło i zrobił się flak. Za pierwszym razem opona została “naprawiona” poprzez przyklejenie na niej łaty. Natomiast za drugim razem nasi przyjaciele musieli na pękniętym kole wrócić do miasta, bo byliśmy już poza nim. Było to ryzykowne i nieco niebezpieczne. Dla Sarandańczyków, można powiedzieć, nawet zabawne. Kiedy opowiedzieliśmy swoją historię właścicielowi wypożyczalni, uznał ją za całkiem wesołą anegdotę. Z wielką chęcią jednak i tym samym uśmiechem na ustach oddał nam część pieniędzy za wypożyczenie tej maszyny i dał nam też na taksówkę.

Czy w Polsce tak szybko załatwilibyśmy jakąkolwiek reklamację? Szczerze wątpię. Natomiast to, że wypożyczają sprzęt ze zużytymi już oponami, to zupełnie inna historia… 🙂 Ale kiedy się już ich pozna, ich styl życia i slow life, w jakim żyją, wszystko wydaje się do zaakceptowania.

Bo kolejną przywarą Albańczyków jest cecha, którą my nazwalibyśmy spóźnialstwem, ale u nich to po prostu norma. Kiedy Albańczyk obiecuje Ci, że będzie na 9.00, spodziewaj się go o 10.00. I działa to wszędzie. Kiedy umawiasz się na wypożyczenie sprzętu, na zwiedzanie, kiedy idziesz na koncert, a czasem nawet w restauracji trzeba czekać.

Na szczęście już na samym początku podróży zostaliśmy o tym uprzedzeni przez naszą rezydentkę, która w tak ciepły sposób opowiadała o tym, że Albańczycy po prostu z niczym się nie spieszą i nie liczą czasu tak jak my – że każde z tych spóźnień nie było w stanie nas zezłościć. Ok, skoro tak tutaj to działa, to poczekamy. 🙂 Jeżeli od kogoś mielibyśmy nauczyć się życia slow i bycia tu i teraz – to Albańczycy są świetnym przykładem, że da się.

Aha, i jak wszędzie uważajcie na taksówkarzy! 😀 W zasadzie za każdą kwotę możecie dojechać, gdzie chcecie – wszystko zależy od tego, jak dobrze się targujecie. Oceniam, że mój Bartek jest w te klocki naprawdę niezły, bo już pierwszego dnia zapłaciliśmy prawie o połowę mniej, niż później dowiedzieliśmy się, jaka obowiązuje “mniej więcej” cena za dojazd do centrum. 😀 Oprócz tradycyjnych taksówek, wielu Albańczyków dorabia sobie wożąc turystów z miejsca na miejsce. Tak to tam działa. Zaczepiają Cię i pytają czy nie potrzebujesz podwózki. Gdybym jednak była sama, na pewno bym nie wsiadła do nieoznakowanego wozu. 😛



Saranda – jako miejsce turystyczne

Saranda jest pięknym miejscem pod tym względem, że z każdej plaży mamy widok na Korfu i na drugą część Sarandy. Jednak najpiękniejszy widok na całą Sarandę rozpościera się z Zamku Lekursi, który znajduje się na szczycie góry. To tam mieliśmy okazję wziąć udział w Albańskim wieczorku, gdzie zapoznaliśmy się z kulturą albańską oraz ich ludowym tańcem. Co ciekawe później był czas na wspólne tańce, podczas których rodowici Albańczycy, uczyli nas Polaków swoich kroków. Miałam przyjemność tańczyć obok jednej starszej Albanki, dzięki której udało mi się ogarnąć podstawowy krok jednego z tańców. Później tańczyliśmy wszyscy razem, już bardziej dla samej radości tańczenia – tak jak każdy umie. Muzyka grała na żywo do późnego wieczora, a Albańczycy na świeżym powietrzu wspólnie bawili się z Polakami i innymi turystami – to było piękne. Oczywiście nie zabrakło także pysznego wina i greckiej sałatki. 🙂 Powiedzieć, że Albańczycy są gościnni, to jakby nic nie powiedzieć.

Jeżeli kiedyś zechcecie wziąć udział w takim wieczorku Albańskim na zamku w Sarandzie, musicie wiedzieć jedną ważną rzecz. Albańczycy wyciągają się nawzajem (jak i turystów) do ich regionalnego tańca i nie przyjmują odmowy. Więc jeżeli nie chcecie sprawić im przykrości – zatańczcie. 🙂



Albania nie jest jeszcze w 100% przygotowana na turystów. Widać, że dopiero uczą się turystyki. W wielu miejscach język angielski nadal kuleje, ale przede wszystkim Saranda jest cały czas w remoncie. Wiele niedokończonych budynków, ale zarazem wiele nowo powstających hoteli i apartamentów dla gości.

Mówi się, że teraz to ostatni dzwonek na odwiedzenie Albanii w takiej cenie. Za kilka lat będzie to kolejny z rozchwytywanych kurortów (jak dziś Chorwacja) z dużo wyższą ceną startową, jak i cenami w Albanii, które od jakiegoś czasu sukcesywnie się podnoszą (na ten moment, cenowo jest tam podobnie do Polski, nawet jeszcze ciut taniej).

Brak przygotowania na turystów widać także na plażach i ulicach, gdzie niestety panuje brud. Plaże nie są dobrze czyszczone, bywa, że w morzu pływają nieraz śmieci (co dziwne, spotkałam się z tym na plaży Ksamil Bora Bora, którą wszyscy tak polecali). Owszem, jest piękna, lazurowa, ciepła woda, ale niestety też nieco brudna przy brzegu. W ogóle Albania ma duży problem ze śmieciami, które wysypują się ze śmietników, kontenerów, a czasem pojawiają się gdzieniegdzie dzikie wysypiska śmieci, z którymi nikt nic nie robi, a śmieci… cóż, bywa, że fruwają naokoło śmieciowiska.

W przeciągu tego tygodnia udało nam się zwiedzić Butrint – niewielką osadę wpisaną na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO. Są to wykopane przez zespół archeologów ruiny dawnego miasta. Dzisiaj jeszcze można tego dotknąć, czy przejść się po starym amfiteatrze. Mówi się, że za kilka, kilkanaście lat nie będzie to już takie proste i wykopane miasto będzie można oglądać tylko z oddali. Polecam!

Odwiedziliśmy także mocno polecane Blue Eye, czyli błękitne oko Albanii. Źródło znajdujące się w lesie i z góry przypominające źrenice oka. Można obejrzeć – piękne kolory i jak nie ma za dużo turystów – także piękne miejsce do zdjęć, natomiast nas, szczerze powiedziawszy, nie powaliło. 🙂



Saranda – jedzenie

Jedzenie w Sarandzie było przepyszne i robione ze świeżych produktów dostępnych na miejscu. Jadłam w różnych miejscach i wszędzie zjadłam smacznie. Większość dań, jakich próbowałam to makarony, risotto czy pizza. Smakiem nieraz dorównywały włoskim speciałom.

Przepysznie smakują także ich owoce: arbuzy, winogrona, melony (akurat ja osobiście nie przepadam, ale wierzę moim towarzyszom na słowo, że były dużo lepsze niż w Polsce), czy brzoskwinie.

To idealne miejsce także dla fanów owoców morza. To nie moje smaki, ale mój Bartek najadł się tam za wszystkie czasy i mówi, że w Polsce trudno o tak dobrze przyrządzone kalmary czy krewetki. Poza tym czuć tę świeżość. Owoce morza codziennie rano są wyławiane, by po południu zagościć na stole. Poza tym cena, jaką zapłacimy tam za owoce morza, jest nieraz dwa razy niższa niż ta w Polsce.



Saranda – życie nocne

Planując wakacje w Albanii, marzyło nam się trochę poimprezować z przyjaciółmi, jak za dawnych czasów. Plan był zacny: codziennie wieczorem, jakaś imprezka na mieście. Niestety, okazało się, że to nie było wcale takie proste i plan spalił na panewce już pierwszego dnia. 

W Sarandzie znajdują się 3 kluby najchętniej odwiedzane przez Albańczyków i polecane turystom. Jeden z nich był przez cały nasz pobyt zamknięty, a dwa pozostałe znajdujące się w centrum miasta, nieco nas zaskoczyły. Otóż okazało się, że brakuje w nich najważniejszej naszym zdaniem rzeczy: parkietu do tańca. Kluby same w sobie były bardzo klimatyczne, bo na wpół otwarte nad samym morzem. Nie zabrakło na nich albańskiej muzyki (co zupełnie mi nie przeszkadzało, szanuję obcą kulturę i inną muzykę), dobrych drinków (w przeciwieństwie do naszych klubów, nikt tam alkoholu nie żałuję – drinki są baaardzo mocne) i spokojnego zachowania. Zabrakło natomiast parkietu, tańczących osób, napoi bezalkoholowych i tlenu.

W Orange, jednym z najpopularniejszych klubów na Sarandzie barman odmówił podania czegokolwiek bezalkoholowego oprócz redbulla. Niestety takich napojów nie pijam, tym bardziej w połączeniu z wódką, którą piłam wcześniej w drinku. Miałam ochotę napić się wody albo chociaż jakiegoś soku, nawet colę, mimo że gazowana, wypiłabym, ale niestety w tym miejscu nie było takiej możliwości.

W klubach wszyscy palą. Nie tylko papierosy, stąd też moja opinia, że czasem ciężko złapać oddech w zadymionym pomieszczeniu (nawet jeżeli jest częściowo otwarte), kiedy stoi się w zasadzie dupka przy dupce. Bo tam normalne są małe okrągłe stoliki, przy których się stoi. Oczywiście jest kilka kanap z miejscami siedzącymi. Do dziś nie wiem, czy tylko dla VIP-ów, czy każdy może sobie taką kanapę zarezerwować – nie próbowaliśmy.

Natomiast stanie przy stole i picie drinków – to zupełnie nie mój klimat, więc jakoś tak impreza nie do końca się kleiła. Z takich ciekawszych rzeczy: zdarza się, że czasem przy swoim stoliku ktoś tupnie nóżką, czy pomacha tanecznie ręką – i o dziwo! – najczęściej są to mężczyźni. Trochę nam cały czas gdzieś się to nie spina. Z jednej strony te dość sztywne pod kątem tanecznym imprezy na mieście, a z drugiej strony Ci sami młodzi ludzie (jak i starsi) wywijali na wieczorku Albańskim swoje ludowe tańce i zarazem wyciąganie do tańca innych. Brak mi w tym logiki. 🙂



Albania – Saranda – miasto kontrastów

Nie bez kozery nazwałam Sarandę miastem kontrastów.

Obok pięknych widoków, życzliwych ludzi, pysznego i świeżego jedzenia, czy dobrych cen pojawia się brud, obojętny stosunek wobec zwierząt i problem z żebrzącymi, nieraz agresywnymi dziećmi. W Sarandzie (szczególnie w okolicach hoteli) spotkacie wiele wychudzonych, powyginanych w stawach, z guzami, zapchlonych psów i kotów. To widok, którego nie spodziewałam się i który bardzo zabolał moją uwrażliwioną duszę na cierpienie naszych braci mniejszych.

Nieraz widziałam, jak Polacy dokarmiali pieski i koty, (sama to robiłam) ale to jakby niestety nie zmieni ich życia na dłuższą metę. Zwierzęta podejdą do Ciebie, tyle że z podkulonym ogonem, widać, że są zlęknione. Albańczycy nie interesują się tymi zwierzętami. Nie widziałam też nigdzie schroniska albo czegoś w rodzaju naszego animal patrol. To zdecydowanie problem, z którym sobie nie radzą, chociaż możliwe, że w ogóle nie rozpatrują tego w kategoriach problemu. Być może bezdomność zwierząt to dla nich coś naturalnego.

Niestety dla nas Polaków nie, stąd zwierzaki te kręcą się przy hotelach, gdzie czasem coś im wpadnie do żołądka. Jeżeli chodzi o psy w domach, to również jest to niespotykane. Chyba tylko raz widziałam Albańczyka z psem na smyczy. Co jeszcze bardziej potwierdza moją opinię, że te zwierzęta są większości osób obojętne.



Druga sprawa to problem z żebrzącymi dziećmi.

Można to porównać do rodzin cygańskich, które kilkadziesiąt lat temu spotykaliśmy na naszych polskich ulicach. Z tym, że dzieci, jeżeli nie śpią na kartonie, to bywają agresywne.

Sama niestety wraz z moją przyjaciółką – stałyśmy się celem jednego z takich dzieci, które podeszło do nas, kiedy siedziałyśmy sobie na murku przy centrum Sarandy. Dziecko zaczęło bić nas plastikową butelką. Po rękach, po pupie i po nogach. Wykrzykiwało “give me”, waliło się w pierś i próbowało nas wystraszyć dziwnymi dźwiękami. Kiedy odmówiłyśmy temu dziecku dania pieniędzy, biło nas ponownie butelką.

Pierwszy raz byłam postawiona w tak dziwnej sytuacji. Z jednej strony dziecko nie rozumiało odmowy, było agresywne, nie mogłyśmy się od niego odpędzić, a z drugiej strony to nadal dziecko, które tej agresji zostało nauczone i któremu agresją nie powinno się odpowiadać. Wszystkiemu przyglądały się kobiety (opiekunki tego dziecka), które się śmiały.

Wiele o tym później myślałam.

Dopóki turyści będą dawać pieniądze i napędzać ten chory mechanizm, to będzie trwało latami i kolejne dzieci będą w ten sposób wyzyskiwane. Dopóki będziemy się litować nad biednymi, brudnymi dziećmi, zawsze będą pojawiały się nowe rodziny, w których dzieci będą w ten sposób wychowywane – do żebrania. Próbowaliśmy znaleźć też trochę informacji na ten temat w sieci. Jedyne co udało nam się odnaleźć to informację, że często te dzieci są porywane, albo zabierane z patologicznych rodzin i faszerowane narkotykami, żeby spały w dzień i w noc na tych kartonach. Ile w tym prawdy – nie wiem. Mam nadzieję, że jak najmniej.

Jedno jest jednak widoczne gołym okiem – miasto nic z tym nie robi, a jeżeli robi, to narazie nie przynosi to żadnego rezultatu. 



Niestety te dwie sytuacje sprawiły, że po wizycie w Sarandzie mam mieszane uczucia.

I dopóki nie zadba się o prawa najmniejszych: zwierząt i dzieci – nie wiem, czy będę w stanie powrócić do tej miejscowości.

Mimo wszystko wakacje wspominam bardzo pozytywnie, jestem zadowolona, szczęśliwa i wypoczęta. Polecam każdemu odwiedzić Albanię oraz morze Jońskie i wyrobić sobie własną opinię. Szczególnie teraz, gdy tych turystów cały czas jest mniej niż w innych wakacyjnych kurortach.


Byliście w Albanii? Co o niej sądzicie? Jakie kierunek obraliście?

Dagmara Sobczak
dagmarasobczak88@gmail.com

Hej! Jestem Daga. Socjolog z wykształcenia, ale i z zamiłowania. Moją misją jest działanie, pomaganie i inspirowanie. I wiesz co? Robię to na milion różnych sposobów. :)