samoakceptacja

Gdzie zaczyna, a gdzie kończy się Twoja samoakceptacja?

Ciekawa jestem, kiedy ostatni raz zastanawiałeś się nad tym, gdzie zaczyna, a gdzie kończy się Twoja samoakceptacja? Przez ostatnie dwa lata w moim życiu zaszło bardzo dużo zmian. Jedną z nich było spojrzenie na siebie od nowa, jeszcze głębsze samopoznanie i zaakceptowanie tego odkrytego ja.

I kiedy myślałam, że w pełni akceptuje siebie – pojawił się on – sen.


Wierzę, że sny nie pojawiają się znikąd i mogą pomóc nam pogłębić świadomość o sobie samym. Wierzę, że mogą wskazać nam, nad czym jeszcze warto się pochylić. Parę dni temu miałam taki dołujący sen. Kiedy się obudziłam, opowiadając go mojego mężowi, płakałam. Początkowo nie chciałam się w niego wsłuchać ani zrozumieć po co mi się przyśnił. W końcu jednak znalazłam w sobie odwagę, by przyjrzeć mu się bliżej.

A sen w dużym skrócie wyglądał tak: byłam niekochana i czułam się mocno niechciana zarówno przez rodziców, jak i przez męża. Kiedy kolejny raz poczułam się zignorowana w domu, chcąc z niego uciec, wyskoczyłam z okna (parter), ale upadłam tak niefortunnie, że nie mogłam wstać i zaczęło płonąć mi ciało. Dosłownie. Mama próbowała ten ogień na mnie gasić. Wezwaliśmy pogotowie. Nie mogłam sama wstać, tak bardzo bolały mnie nogi. Czułam, że świat jest przeciwko mnie. W ambulansie w lustrze dostrzegłam swoją twarz. Dosłownie jak kreską została przedzielona na pół. Cała prawa strona była czerwona od poparzenia. Ratowniczka medyczna zapewniała mnie, że to raczej nie zamieni się w bąble i po czasie zniknie, ja jednak czułam jak mnie pali. Patrzyłam na swoją poparzoną twarz w lustrze i myślałam skoro takiej jaka byłam, nikt nie był w stanie pokochać, jak ktoś pokocha taką twarz. Poczułam całkowity brak sensu.

Obudziłam się i nagle w moim życiu znów pojawił się temat samoakceptacji.

Gdzie zaczyna, a gdzie kończy się Twoja samoakceptacja?

To był okropny sen z jednego względu. Poczułam się w nim, jakbym straciła kontrolę nad własnym życiem. I nie mam na myśli tylko sytuacji, w której zostałam poparzona. Myślę o sytuacji w której tkwiłam w nieszczęśliwym związku, gdzie czuje się źle + przepełniona żalem do rodziców, że nigdy nie dali mi miłości. Tak, jakbym nie miała wpływu na to, jak i z kim żyje. Tkwiłam w tym marazmie, nie mając pojęcia, że przecież mogę się z tego uwolnić. To tylko i wyłącznie moja decyzja.

To było okropne uczucie, bo przecież dziś wiem, że to ja wybieram, w jakim związku jestem i jak ten związek wygląda (potrafię i stawiam granice). A jeżeli moi rodzice nie są idealni, czegoś w dzieciństwie mi nie dali, też jestem w stanie im to wybaczyć i nawet zrozumieć. Nie byli w stanie dać więcej, niż mieli/sami dostali.

W śnie natomiast trafiłam do świata, w którym czułam, że nie mogę zmienić swojego położenia, a do tego los zrzucił na mnie kolejny problem: poparzoną twarz.

Akceptuję siebie, ale…

I wtedy znów wrócił do mnie temat samoakceptacji. Zaczęłam analizować wszystko od początku.

Ok, czuję zmianę, jaka we mnie zachodzi przez ostatnie lata, bo: bardzo dobrze funkcjonuje bez codziennego makijażu i nie jest mi on potrzebny na wyjście do sklepu, nad wodę, w odwiedziny do rodziny, czy na niedzielny spacer po parku. Nagrywam Stories bez makijażu, pozuje do zdjęć bez makijażu i to jest tak samo spoko, jak wtedy, gdy jednak mam ochotę się umalować. W końcu mocno i stabilnie czuję, że mogę, a nie że muszę.

Uwielbiam swoje blizny. Mam ich trochę i nigdy żadna z nich nie była dla mnie problematyczna. Często zastanawiam się co by było, jakbym miała bliznę np. na twarzy (na szyi już mam!). I myślę, że nic. Mam znajomych, którzy takie blizny mają i uważam, że są piękne. Nadają indywidualności i charakteru. Każde znamię nosi ze sobą jakąś historię o danym człowieku i zawsze uważałam, że to coś pięknego co dodaje nam wartości, a nie oszpeca. Nie rozumiem usuwania tych historii i próbowania być takim, jak inni. Nie wyróżniającym się kimś.

Temat zmarszczek i godnego starzenia się też czuję, że mam względnie ułożony. Jestem przeciwniczką poprawiania urody od zawsze: czy to chodzi o powiększanie piersi, poprawianie nosa, czy nawet wstrzykiwanie kwasu. Oczywiście nie zawsze akceptowałam swoje ciało i wiele razy je przeklinałam, ale nigdy poważnie nie pomyślałam o tym, by operacyjnie je zmienić. Dzisiaj mam 30 lat, pierwsze zmarszczki na twarzy, a skóra staje się już coraz mniej napięta, ale mam nadzieję, że za 20 lat będę myśleć tak samo i tak samo będę pewna, że chcę starzeć się naturalnie.

Samoakceptacja gdzieś się jednak kończy

Okazuje się, że znalazłam jednak rzecz w swoim ciele, z którą nie czuje się komfortowo. Nie akceptuje do końca swoich siwych włosów, których ostatnio przybyło mi bardzo dużo.

Niby wiem, że to tak samo jak blizna: znamię, które kryje za sobą jakąś historię o moim przeżyciach, a jednak wolę malować włosy i kiedy odrost jest za duży i zaczynają wychodzić siwe kępki, chowam je za kolejną warstwą farby. To nie jest tak, że myślę o tym i to jest to dla mnie jakiś większy problem, który nie daje mi spać. Ale lepiej się czuję, kiedy są zakryte, a nie odsłonięte.

Podziwiam za to młode, ale siwe już kobiety, które z dumą noszą swoje włosy ze srebrnymi pasmami. Ja jeszcze tego nie umiem, ale kto wie. Wszystko przede mną.

I ten sen dał mi mocno do myślenia. Dzisiaj jestem pogodzona ze sobą, ale co by się stało, gdybym musiała zaakceptować nową wersję swojego odbicia w lustrze. Na przykład z poparzoną twarzą? Czy tak samo łatwo przyszłaby mi akceptacja siebie samej, jak dzisiaj? Nie wiem. Ten sen był na tyle realny, że i sama obawa o to, jak to teraz będzie wydała się prawdziwa.

Nie wiem. A przecież moja twarz będzie się zmieniać. Nawet jeśli nie pojawią się na niej nowe blizny czy poparzenia (jak w ekstremalnej wersji snu), ona będzie coraz mniej jędrna, coraz więcej będzie na niej zmarszczek, coraz bardziej będą opadać kąciki ust. Trudno mi wyobrazić sobie jak będę się starzeć: ładnie i subtelnie, czy powykrzywia mnie we wszystkie strony? Czy mając tego świadomość samoakceptacja będzie przychodzić mi łatwiej czy trudniej? Nie wiem. Ten sen uświadomił mi to, że tego po prostu nie wiem.

To, co ważne i co czuję gdzieś w głębi siebie bardzo mocno to to, że moja samoakceptacja nie jest uzależniona w żaden sposób od tego, co myślą o mnie inni. Komuś może nie pasować nasza zmarszczka, czy blizna, ale to nie ma znaczenia. Ważne, jak my sami się z nią czujemy. A to wcale nie jest takie proste oddzielić to, co całe życie słyszeliśmy (co wmawiali nam rodzice, nauczyciele, napotkani ludzie), od tego, co tak naprawdę o tym wszystkim myślimy my sami. Jak się z tym czujemy kiedy nikt nie patrzy i nie próbuje nam powiedzieć, co powinniśmy widzieć.

Ja wiem, że nasze opinie i my sami to zlepek tego, co w życiu usłyszeliśmy, co zobaczyliśmy, czego doświadczyliśmy. Ale wierzę też, że gdzieś w głębi duszy Ty czujesz (nie wiesz, ale CZUJESZ) jaki masz do tego stosunek. Musisz tylko dokopać się do tej odpowiedzi. 🙂


A Ty jak dzisiaj czujesz się w swoim ciele? Jest ok? Co w Twoim życiu musiałoby się stać, żebyś nie zaakceptował swojego wyglądu? Czy coś takiego w ogóle istnieje?

Dagmara Sobczak
dagmarasobczak88@gmail.com

Hej! Jestem Daga. Socjolog z wykształcenia, ale i z zamiłowania. Moją misją jest działanie, pomaganie i inspirowanie. I wiesz co? Robię to na milion różnych sposobów. :)