Dom otwarty dla wszystkich przyjaciół

Odkąd pamiętam, zawsze marzyło mi się mieć dom otwarty dla wszystkich przyjaciół. Taki, do którego możesz przyjść bez zapowiedzi, napić się herbaty, wyżalić, czy po prostu spędzić czas w towarzystwie innych osób, gdy czujesz się samotny.

W przeszłości nie analizowałam dokładnie, skąd mi się to wzięło, ale ostatnio sporo się nad tym zastanawiałam.


Skąd we mnie ta chęć, by dom, który w przyszłości stworzę, był domem otwartym dla innych? Czemu odkąd pamiętam, chciałam, żeby każdy w moim domu czuł się jak u siebie, ale tak naprawdę, jak u siebie, że zupełnie o nic nie musi pytać? I dlaczego zbudowanie takiego domu w praktyce, wcale nie jest takie proste?

 

Dom otwarty dla wszystkich przyjaciół  – skąd we mnie ta chęć

Mój rodzinny dom nie do końca był takim domem, o jakim dzisiaj marzę, ale odkąd pamiętam, naturalne w nim było, że goście przychodzili bez zapowiedzi i zawsze byli mile widziani. Owszem zdarzały się imprezy, na które moja mama pół dnia szykowała jedzenie, ale pamiętam i takie wizyty z zaskoczenia, podczas których moi rodzice kogoś pocieszali, bo przyszedł się wygadać/wypłakać/wyżalić, czy po prostu gościli kogoś, kto był w okolicy i postanowił wstąpić w odwiedziny.

Te wizyty mnie, małą dziewczynkę, intrygowały najbardziej. Niespodziewane spotkania, po których moi rodzice jeszcze długo rozmawiali o innych, myśląc, jak można byłoby im pomóc, czy wspominając dobre dawne czasy. Nie zdarzało się to często, dlatego też może te sytuacje jakoś mocno dziś zapadły mi w pamięć i wpłynęły na to, jak postrzegam prowadzenie domu.

Nigdy też nie miałam okazji mieszkać w akademiku czy w wynajętym mieszkaniu z przyjaciółmi. To było coś, o czym zawsze marzyłam, zanim wyjdę za mąż. Niestety tego marzenia nigdy nie udało mi się spełnić i dzisiaj czuję niedosyt nieposmakowania życia w jednym mieszkaniu z większą liczbą osób. Wiem, że mieszkanie ze znajomymi ma nie tylko swoje plusy, ale zawsze chciałam tego doświadczyć. Dlatego dziś, kiedy możemy kogoś gościć na dłużej niż jeden dzień, czuję, że delikatnie dotykam tych właśnie przeżyć.

 

Dom otwarty dla wszystkich przyjaciół – a jednak nadal tylko mój

Stworzenie warunków, w których goście naprawdę poczują się, jak u siebie w domu wcale nie jest takie proste.

Dzisiaj każdy traktuje swój dom jak azyl, pewien barak bezpieczeństwa. Lubimy być w naszych mieszkaniach sami ze sobą, czasem to jedyne miejsce, gdzie możemy pobyć sami z własnymi myślami, robić to, na co mamy ochotę, nie przejmując się, że ktoś patrzy, chodzić w samej bieliźnie (albo nago) czy robić inne rzeczy, których robić przy innych nie wypada.

Lubimy czuć, że mieszkanie jest nasze i tylko nasze. Że my na nie zapracowaliśmy, więc tylko my mamy prawo korzystać z niego w pełni. A do tego wszystkiego,  jeśli nazbieraliśmy dużo drogocennych rzeczy, czujemy, że musimy je w tym domu chronić.

To wszystko sprawia, że dużo trudniej nam zapraszać do domu gości i zarazem trudniej nam zrozumieć, jak można czuć się u kogoś, jak u siebie, kiedy patrzymy na inne mieszkania przez pryzmat naszego wychuchanego, ukochanego.

Dlatego właśnie nigdy nie chciałabym, żeby mój dom stał się muzeum. Dom ma być do życia, a nie do zastanawiania się i rozpaczania czy przypadkiem nikt nie zaleje mi ściany, czy kanapy napojem. Nie chciałabym, żeby moje rzeczy kogoś zawstydzały i powodowały, że będzie siedział jak na szpilkach w obawie, że zrobi coś źle i zostanie zbesztany.

Zauważyłam też, że jest jedna rzecz, która może pomóc poczuć się innym w Twoim domu, jak u siebie. Wystarczy, że Ty wyluzujesz się całkowicie, a wtedy i inni czują się mniej spięci. Jeżeli Ty sam siedzisz niepewny we własnym mieszkaniu, wycierając co chwilę stolik, jak Twoi goście mają zrozumieć, że mogą poczuć się swobodniej?

Dom otwarty dla wszystkich przyjaciół – to nie jest takie proste

Ludzie wiele rzeczy mówią. I choć możesz zapewniać swoich przyjaciół, że zawsze mogą wpaść, kiedy tylko mają ochotę i wcale nie muszą się zapowiadać, wielu z nich może myśleć, że to tylko taka uprzejmość z Twojej strony. Słowa, które po prostu się mówi, ale przecież wiadomo, że nie wypada. Otóż nie zawsze tak jest.

Naprawdę, osobiście mam wrażenie, że z bliskimi przyjaciółmi wszystko wypada, a dom to miejsce, które zawsze powinno być otwarte dla bliskich. A przyjaciele są dla mnie bliską rodziną, którą sama sobie wybrałam.

I wiem, że to trudne, ale chciałabym żyć w świecie, gdzie panuje wzajemność w tej gościnności i tak samo, jak potrafimy dawać, potrafimy też przyjmować cudzą gościnność.

Piszę, że to najtrudniejsze na własnym przykładzie. Sama marzę o domu otwartym dla najbliższych, ale mam duży problem z nocowaniem u innych. O ile dobrze czuję się w domu moich przyjaciół i znajomych w trakcie dnia i jeżeli jest stworzona odpowiednia atmosfera, umiem wyluzować się totalnie – tak z pozostaniem na noc u kogoś, wiąże się wiele moich wewnętrznych blokad. Odpowiedzialne są za to moje doświadczenia, które nie zawsze były przyjemne. Bywało, że czułam się nieraz jak intruz, czy po prostu ktoś nie potrafił zbudować poczucia bezpieczeństwa u siebie w mieszkaniu. Dlatego wiem, że inni mogą mieć podobne problemy i obawy, które skutecznie psują tę piękną wizję wzajemnej gościnności.

Bardzo chciałabym żyć w świecie, w którym, kiedy jesteś w dzielnicy, gdzie mieszka Ci ktoś bliski, zamiast do kawiarni, wpadasz do przyjaciela na kawę i nie musisz czuć się z tym dziwnie, że jesteś bez zapowiedzi. Raczej towarzyszy Ci uczucie, że zrobisz komuś miłą niespodziankę i spędzicie kilka chwil razem.

Chciałabym żyć w świecie, w którym na przyjaciela możesz zawsze liczyć. Możesz wejść do niego do domu w środku nocy i poprosić o kawałek miejsca do spania. Jeżeli jesteś z innego miasta, możesz zapytać go bez problemu, czy Cię przenocuje. Możesz zasiedzieć się, zasnąć, wykąpać, zajrzeć do lodówki i zrobić sobie śniadanie. Nie musisz pytać, gdzie jest herbata i cukier i jakiś ręcznik dla gości, bo dawno już to wiesz. Nie musisz pytać, czy możesz podłączyć się do gniazdka, użyć suszarki czy zrobić sobie kawę.

I nie masz problemu z zapytaniem; słuchajcie mogę zostać do jutra, czy masz jakieś plany i chcesz dzisiaj być sam? I nie obrażasz się, jakakolwiek odpowiedź by nie padła, bo wiesz i czujesz, że i tak zawsze jesteś mile widziany, nawet jeżeli dzisiaj to nie najlepszy moment na wspólne nocne posiadówy.

Chciałabym żyć w świecie, w którym gościnność może stać się początkiem prawdziwej, głębokiej relacji. Gdzie w wielu domach czuć zapach świeżo pieczonego ciasta, kawy i słychać głośne rozmowy. Chciałabym żyć w czasach, gdzie możesz przyjechać do przyjaciela tylko po to, by odpocząć.

Wiem, że to śmiałe pragnienia i jeszcze wiele czasu potrzeba, by nauczyć się tak otwierać na innych, dawać i przyjmować. Ja cały czas uczę się nie tylko tego, by korzystać z cudzej gościnności, ale i gościć tak, by inni czuli się dobrze. To naprawdę trudna sztuka w dzisiejszych czasach. 


PS Żebyście mnie też źle nie zrozumieli. Mój dom nigdy nie będzie otwarty dla każdego. To dalej moja ostoja i wentyl bezpieczeństwa. Nie przychodzi mi łatwo goszczenie obcych ludzi, nawet tych, za których ręczą moi przyjaciele. Najbardziej na świecie ufam swojej intuicji i dopiero kiedy poczuję, że ktoś jest w porządku, może stać się stałym bywalcem mojego domu.

Ale uskrzydla mnie, kiedy przez mój dom przewijają się różne bliskie mi osoby i one mogą poczuć się jak siebie. Wtedy i ja czuje się z tym naprawdę dobrze. 🙂

A jak to wygląda u Was, w waszych domach?

Dagmara Sobczak
dagmarasobczak88@gmail.com

Hej! Jestem Daga. Socjolog z wykształcenia, ale i z zamiłowania. Moją misją jest działanie, pomaganie i inspirowanie. I wiesz co? Robię to na milion różnych sposobów. :)