#CoPoMaturze – moja droga ku socjologii.

Kiedy masz te 18, 19 lat, często myślisz, że to zdecydowanie za wcześnie, na podjęcie tak ważnej decyzji, jak: co chcę w życiu robić.

I wiesz co? Masz rację. Rzadko spotyka się kogoś, kto w tym momencie życia nie popełni jakiegoś błędu, nie zawróci, czy po prostu nie zmieni zdania.


Akcja #CoPoMaturze powstała po to, by maturzyści otrzymali nieco słów otuchy, a także by zobaczyli, że drogi mogą być tak różnorodne, jak różnorodni jesteśmy my – ludzie. O szczegółach akcji, która trwa od 04.06.2018 do 24.06.2018, którą współprowadzę z Anią z bloga Blue Kangaroo, poczytacie w moim poprzednim wpisie, gdzie znajdziecie także arkusze zadań do pobrania. Ich zadaniem jest nieco ułatwić Wam wybranie ścieżki szytej na miarę. 🙂

 

#CoPoMaturze – moja droga ku socjologii

Dziś opowiem Wam moją historię. Moją drogę ku socjologii, która wcale prosta i jednokierunkowa nie była. 

Zaczęło się od tego, że na maturze zdecydowałam się zdawać (poza przedmiotami obowiązkowymi/stałymi) rozszerzoną biologię. Odkąd pamiętam przyroda, a później biologia to był przedmiot, który w szkole fascynował mnie najbardziej. Z dużym naciskiem na człowieka i genetykę. Wiedziałam więc, że będzie to przedmiot, który będę zdawać na maturze, natomiast żaden inny nie wchodził u mnie w grę. To prawda, że biologia pięknie łączy się z chemią i fizyką – a zdana matura z tych wszystkich przedmiotów daje szereg możliwości.

Niestety na tamten czas nie czułam, że poradzę sobie z chemią i fizyką – wręcz powiedziałabym, że to przedmioty, które sprawiały mi sporo trudności.

Wybierając też, co chcę zdawać na maturze – nie kierowałam się w żaden sposób kierunkiem studiów, na który chcę iść – z jednego prostego względu: nie miałam pojęcia, co chcę robić. Dlatego wybrałam przedmiot, który na tamten moment najbardziej mnie interesował i którego lubiłam się uczyć.

 

Na co złożyć papiery?

Niestety, kiedy ja zdawałam maturę, mało mówiło się o możliwości przerwania edukacji na rzecz np. poznawania siebie i odkrywania świata. W tamtych czasach słuszne społecznie drogi, były tylko dwie: albo studia, albo praca, a decyzja, którą się podejmowało, miała być ostateczna. 

Pamiętam, że nikt nie wierzył wtedy w to, że robiąc sobie rok przerwy, można powrócić na studia. Cokolwiek bym podczas tego roku chciała robić – rodzice uważali, że to na pewno będzie zmarnowany rok.

Ze względu na fakt, że chciałam się dalej uczyć (tylko nie wiedziałam gdzie), do ostatniego momentu wstrzymywałam się z podjęciem decyzji.

W tamtym momencie najbardziej przekonywała mnie fizjoterapia i ewentualnie dietetyka. Bałam się jednak, że z samą biologią mam marne szanse dostać się na te studia dziennie. Zaocznych w ogóle nie brałam pod uwagę. Ponieważ jednak za darmo można było złożyć papiery na 3 kierunki, została mi jeszcze jedna opcja. Zupełnie nie miałam pojęcia, co wybrać. Wiedziałam natomiast, że muszę szukać kierunku na Uniwersytecie Medycznym, bo na Politechnice czy Uniwerku inne przedmioty z matury były uwzględniane w rekrutacji – niestety nie biologia. Mimo że pamiętam, iż ciągnęło mnie nieco w stronę polonistyki i kulturoznawstwa. 

I tu z pomocą przyszła rodzina, która zaproponowała jako trzeci kierunek pielęgniarstwo. Mimo ogromnych obaw, że sobie nie poradzę (na widok krwi blednę, a strzykawki mnie przerażają), rodzina próbowała przekonać mnie, że to przyszłościowy kierunek,  po którym mogę pracować za granicą i dużo zarabiać, a do strzykawek się przekonam.

I tak mój wybór padł na fizjoterapię, dietetykę i jako 3 przedmiot w kolejce: pielęgniarstwo.

 

Ogłoszenie wyników – masz Ci los!

Tak jak przypuszczałam, zabrakło mi punktów, aby dostać się na fizjoterapię i dietetykę. Dziś z perspektywy czasu widzę, że na tamten moment to były bardzo przyszłościowe zawody i gdybym dziś była jedną z tych osób, myślę, że również mogłabym być zadowolona, gdybym ukończyła, któryś z tych kierunków. Los jednak chciał, że wylądowałam na pielęgniarstwie – kierunku, do którego od samego początku nie byłam przekonana. Na szczęście razem z moją przyjaciółką i to trzymało mnie we względnej radości.

Niestety dotrwałam jedynie do pierwszej sesji (z wielkim bólem fizycznym, jak i psychicznym), po czym zdecydowałam się rzucić te studia. To zupełnie nie było to, co chciałam robić w życiu. Mimo iż wiedziałam, że rodzice nie będą zachwyceni moim pomysłem. Tym bardziej że zupełnie nie miałam planu B. (Nie zachęcam do rezygnowania z pielęgniarstwa w ogóle. Moja przyjaciółka skończyła ten kierunek i jest dziś bardzo zadowolonym pracownikiem. Wszystko zależy od człowieka. :)).

Zrobiłam to. I na tamten moment (skoro i tak nie miałam pomysłu na siebie) jedyną słuszną opcją była rejestracja w Urzędzie Pracy. Tam od razu dostałam się na staż. To były piękne czasy, kiedy pracy było tyle, że sama mogłam podjąć decyzję, gdzie chcę pracować. Dostałam dwa ogromne segregatory z ofertami pracy i dziś dokładnie pamiętam, jak siedziałam i wertowałam co ciekawsze oferty. Wybór padł na Fundacje Pomocy Dzieciom. Już wtedy miałam dużą potrzebę pomagania, ale chyba nie byłam jej do końca świadoma.

Rodzice nie wierzyli, że w kolejnym roku akademickim wrócę na studia, chociaż ja bardzo tego chciałam i wiedziałam, że to zrobię.



Pierwsza praca

To była moja pierwsza poważna praca (wcześniej pracowałam jedynie w wakacje na produkcji maszynek Gillette:D), która okazała się wielkim zawodem. Miałam wielką chęć pomagania, robienia czegoś ważnego, a pracując tam, miałam poczucie, że robię nic. Porządkowałam dokumenty, szukałam informacji w Internecie, wypełniałam jakieś druki, liczyłam z pomocą kierowniczki pieniądze i myłam skarbonki. Dziś rozumiem, że za dużo spodziewałam się, mając nadzieję, że od razu będę robić poważne, ważne rzeczy.

Jednak to nie to było największym problemem. Najbardziej zabolało mnie podejście Pani Kierownik do pomocy dzieciom. Nie chcę wdawać się w szczegóły, ale to nie była Fundacja z prawdziwego zdarzenia. Tam nie liczyła się pomoc chorym dzieciom. Tam liczyło się to, żeby jak najmniej zrobić, a jak najwięcej zarobić. Najgorsze, że ta Fundacja działa z sukcesem do dzisiaj.

Odeszłam stamtąd. Możecie wyobrazić sobie minę moich rodziców. Od tamtego czasu pracowałam w kilku innych miejscach (każde dość szybko mnie nudziło), ale dzięki temu wiedziałam, czego na pewno robić w przyszłości nie chcę. I tak wykorzystałam ten niecały rok – eliminując prace, które mnie nie fascynują.

Aż przyszedł czas kolejnych rekrutacji.

Ogromne ciśnienie – nie spierdziel tego!

Ile ja czasu w Internecie spędziłam, żeby dobrze przemyśleć swój wybór. Czytałam wszystko, co możliwe o kierunkach, które w jakiś sposób mnie interesowały. Nie pamiętam już w jakich okolicznościach, ale na pewno w wielkim stresie, wybór padł na filozofię i socjologię (gdzie do filozofii było mi bliżej, bo socjologia wydawała mi się na tamten moment, mało zrozumiała i przejrzysta).

Dostałam się tu i tu. Jednak z tego względu, że najpierw papiery złożyłam na filozofię, to był kierunek, na który zostałam przyjęta. Po dwóch dniach coś we mnie pękło. Pojechałam na Uczelnie i wybłagałam, że ja jednak zmieniłam zdanie i wolę studiować socjologię (na szczęście oba kierunki były na tej samej Uczelni). I tak trafiłam na socjologię, którą pokochałam miłością bezgraniczną. Chociaż pierwszy rok był najnudniejszy, przetrwałam, a potem już tylko działa się magia. 🙂

Droga nie była łatwa, do samego końca nie była też przemyślana, ale jednak na sam koniec posłuchałam swojej intuicji, posłuchałam w końcu siebie i dobrze zrobiłam. Studia ukończyłam z uśmiechem na ustach, a dzisiaj?

Dzisiaj chętnie poszłabym na kolejne, bo lubię się rozwijać. Tylko na jakie? 🙂


Jak masz ochotę, podziel się swoją historią pomaturalną na swoim blogu/instagramie/facebooku. Nie zapomnij tylko o hasztagu #CoPoMaturze 🙂

Dagmara Sobczak
dagmarasobczak88@gmail.com

Hej! Jestem Daga. Socjolog z wykształcenia, ale i z zamiłowania. Moją misją jest działanie, pomaganie i inspirowanie. I wiesz co? Robię to na milion różnych sposobów. :)