Blogowanie, kiedy wali Ci się cały świat

Dlaczego ucichłam, zamiast wyskakiwać Wam z lodówki? Dlaczego raz na tydzień, a nie codziennie?

Dlaczego zamiast cisnąć dalej, zatrzymałam się i prawie rok przepychałam się z myślami: co dalej, jak dalej, kim jestem, co chcę udowodnić? Komu? Dlaczego wybrałam sieć? 

Ostatni rok to był jednej z najbardziej rozwijających okresów w moim życiu. Nie da się ukryć, że ogromny wpływ na to wszystko miała psychoterapia…


Od 4 lat aktywnie spędzam czas w sieci. To założenie bloga uratowało mnie przed zamartwianiem się o siebie na kilkumiesięcznym L4, kiedy dowiedziałam się o mięśniakach macicy i nie mając pojęcia, co będzie dalej, czekałam na swoją kolej do usunięcia tego ustrojstwa.

Parę lat wcześniej prowadziłam innego bloga, więc kiedy ponownie poczułam to flow podczas pisania, przepadłam totalnie. Trochę inne zasady (kiedyś nie było mowy o social mediach i promowaniu swojego miejsca w sieci), inne możliwości, nawiązywanie nowych relacji, poznawanie sztuki blogowania na nowo. To wszystko dało mi w tamtym okresie bardzo dużo pozytywnych emocji, których potrzebowałam.

To był też moment w moim życiu, w którym zafiksowałam się na blogowaniu całkowicie. Czytałam o tym, jak blogować, czytałam blogi, pisałam bloga, rozmawiałam z blogerami o blogowaniu. Cały wolny czas (a że było go dużo, bo byłam na zwolnieniu) kręcił się wokół jednej rzeczy. Bardzo wiele dzięki temu nauczyłam się i dowiedziałam o świecie blogerskim. To dzięki blogowaniu po dwóch latach założyłam własną firmę, która była moim marzeniem chyba od zawsze. To blogowanie otworzyło mi drzwi (i nadal w najmniej oczekiwanych momentach otwiera) do wielu sytuacji, projektów, rozmów – o których nie pomyślałabym w najśmielszych marzeniach. To dzięki blogowaniu poznałam ogromną masę różnych osób, które jak w świecie realnym: okazały się raz lepszymi, jak gorszymi partnerami do robienia wspólnych działań, czy budowania relacji. To blogowanie pozwoliło mi dostrzec w samej sobie nowe możliwości.

Oczywiście mogłam zacząć spokojnie, ale internetowy świat zafascynował mnie tak mocno, że ruszyłam z kopyta, aż się kurzyło. Bez zastanawiania się. Moim motorem napędowym była pasja do tego, co robię. Byłam nie do zatrzymania. Pisałam i ciągle miałam coś do powiedzenia, a głowa od pomysłów pękała, nawet jeżeli często każdy z nich był z innej parafii. Wszystko trwało do czasu. Aż od życia dostałam obuchem w głowę. 

Blogowanie, kiedy wali Ci się cały świat

Nagle straciłam rodzica, po niedługim czasie odeszła babcia, a za chwilę trzecia bardzo bliska mi osoba. To był ten moment w moim życiu, który obrazowo można by było przedstawić, jak zawalający się gruz na głowę, a kiedy próbujesz się wydostać, ktoś zrzuca na Ciebie drugą, a potem trzecią partię, zasypując Cię tak, że wiesz, że teraz to już sama z tym wszystkim na pewno sobie nie poradzisz i jedyne, o czym myślisz, to okropna niesprawiedliwość tego świata, a jedyne czego chcesz i potrzebujesz to płakać.

To był ten moment, w którym zatrzymałam się we wszystkich moich działaniach i zdecydowałam się wyciągnąć rękę po pomoc psychoterapeuty. Potrzebowałam pomocy, by zrozumieć, jak po tym wszystkim mam się poskładać i czy w ogóle to jest możliwe. Wycofałam się ze wszystkiego: z budowania relacji, z pracy, z pasji. Każda najprostsza rzecz wydawała mi się trudna. Potrzebowałam skupić się na sobie. Zrozumiałam, że powinnam i że chcę przepracować wszystkie te traumy, żałobę i w komplecie (bo czemu nie) całe swoje dzieciństwo. Chciałam w końcu zrozumieć, jak przeszłość kieruje moją teraźniejszością, i jak pewne nawyki zamienić na inne. Podczas drogi ku sobie (która nadal trwa), poczułam, że i w blogowaniu muszę zrobić kilka kroków w tył. Rozmawiając dzisiaj z niektórymi z Was, wiem, że wyczuliście ten moment, w którym wycofałam się psychicznie, mimo że fizycznie dalej byłam dostępna. Był taki moment, że zastanawiałam się, czy tych kilka kroków w tył oznacza, że chcę wycofać się w ogóle, czy tych kilka kroków w tył oznacza, że potrzebuję rozpędu, a może po prostu szerszego spojrzenia na miejsce, w którym teraz jestem?

 

Kiedy powiesz sobie stop

Nie jestem ewenementem. Znam wielu blogerów, którzy w pewnym momencie zwolnili tempo swojego blogowania. Najczęstszym powodem był brak czasu, rozwijanie innych projektów, praca zarobkowa, która zabierała czas. A czasem powodem stawało się po prostu zbyt szybkie tempo działań, które wykańczało zdrowotnie. Wszyscy możemy się zapętlić. Za szybkie tempo powoduje, że pospinane ciało może się upomnieć o więcej relaksu, umysł poprosi o reset, zdrowie da nam sygnał, że nie jest dane raz na zawsze, a my nie mamy turbodoładowania w pakiecie.

U mnie było trochę inaczej, zatrzymałam się w trudnym dla mnie momencie życiowym, w którym musiałam poukładać sobie wszystko na nowo. Również moją obecność w sieci. Mimo iż przecież wydawało mi się, że idę w dobrą stronę, to skoro miałam przewartościować całe swoje życie – to przecież blogowanie było jedną z większych jego części.

Dlatego w ostatnim roku nieco odpuściłam. Świadomie przestałam wyskakiwać Wam z lodówki, pisać co drugi dzień na blogu, próbować rozwijać YouTube, bloga, Instagrama, Facebooka, newslettera, tworzyć kampanie, projekty i szukać kolejnych alternatyw i możliwości do działań.

Potrzebowałam złapać oddech.

 

Dystans – coś, co może nas uratować

Przyszedł moment, w którym przyglądając się sieci (zachowaniom w nim, relacjom internetowym) i widząc zarówno jego zalety, jak i wady, musiałam podjąć decyzję, czy chcę w tym być. Czy czuję, że to jest miejsce dla mnie.

W międzyczasie skupiłam się mocno na sobie i na poznaniu swoich mocnych i słabych stron oraz sprawdzeniu, co jeszcze może sprawiać mi radość (jak zaprosić jej więcej do swojego życia w tak trudnym momencie?).

W tym czasie dałam sobie szansę na próbowanie nowych rzeczy. Odnalazłam w sobie flow, kiedy jestem obok kwiatów i roślin. Dzięki kursowi florystyki poczułam ten cudowny stan nieistniejącego czasu. Za kwiatami zaraz potem ruszyła fascynacja roślinami domowymi i ogrodowymi. W końcu to jeden i ten sam świat. Świat natury. Do tego odkryłam w sobie radość z nauki tańca i pracy nad swoim ciałem. I tak do fascynacji obserwacji świata, książek, fotografowania, pisania, zwierząt – dołączyły nowe: roślinność i taniec.

Poczułam się dzięki temu bardziej kompletna. Tak, jakby ktoś dołożył do mnie tych kilka brakujących cegiełek i powiedział: mimo tego, co się wydarzyło, Ty masz jeszcze swój czas i masz prawo się nim cieszyć i odkrywać piękno tego świata.

Potem był moment, w którym musiałam zmierzyć się z uczuciami i myślami, jakie przynosiły mi social media. Myślami, których nie było, gdy odkładałam telefon i wyłączałam komputer. Złożyło się to z dużą ilością informacji o hejcie w sieci, tragiczną śmiercią prezydenta Gdańska i moim odkryciem patostreamerów. Moja wrażliwa strona czuła się poharatana, a wręcz zlękniona tym, co dzieje się w Internecie. Odcinałam się więc od tych wszystkich oceniających słów (nie tylko w moją stronę, ale w stronę różnych osób), złośliwych a’la śmiesznych komentarzy, mądrości Internetu, wyśmiewania, problemów Trzeciego Świata, porównań z innymi, agresji, poniżania innych na grupach facebookowych.

To był ten moment, gdy więcej czasu spędzałam offline niż online. Na pewno wtedy straciłam wielu czytelników, ale czy potrzebowałam wokół siebie ludzi, którzy oczekiwali, że co drugi dzień będę wrzucała zjadliwe, mocne treści, by mogli je konsumować? Pamiętacie tekst wszystkich nas wykończą oczekiwania? No właśnie.

 

Powrót w swoim rytmie

Kiedy odsunęłam się od tego wszystkiego związanego z siecią, spojrzałam na to wszystko z dystansu, powoli zaczęłam powracać do tego, co sprawiało mi największą frajdę i radość w byciu online. Gdzie czułam się najlepiej.

I tak, niezauważalna moja nieobecność odbyła się na Instagramie, bo tam wróciłam po bardzo krótkiej przerwie. To jedna z tych społecznościówek, którą uwielbiałam i których brak odczułam od razu. Społeczność, jaką tam mam jest świetna i po prostu lubię tam być. Czuję się tam dobrze. I tam jest mnie najwięcej. Jeżeli chcesz być tam ze mną, zapraszam Cię serdecznie.

Zupełnie na tamten moment opuściłam Twittera, newsletter i YouTube. Z różnych względów. Przede wszystkim sugerowałam się uczuciami, a tamtych miejsc po prostu mi nie brakowało.

Blog to mój fundament całej działalności w sieci. Długo zastanawiałam się, jak dalej nasze drogi mają się potoczyć, aż w końcu zrozumiałam, że tych kilka kroków w tył było mi potrzebnych nie po to, by się wycofać, a po to, by spojrzeć na niego z innej strony i jeszcze raz przewartościować, czy aktualnie blog odzwierciedla prawdziwą mnie. Przez ten rok wiele się zmieniło w moim życiu, więc pierwsze, o czym pomyślałam to, że blog powinien dotrzymać mi kroku i również przejść metamorfozę. By był bardziej spójny ze mną. W zgodzie z nową mną, którą odkryłam właśnie dzięki psychoterapii, która zresztą towarzyszyła mi całą drogę, którą tutaj opisałam.

Te przepychanki z samą sobą, ze swoimi myślami odnośnie do tego, co chcę robić i jak to robić, trwały ponad rok. Cały czas jestem w procesie zmian, ale na tyle świadoma już siebie, że wiem, jakich zmian potrzebuję i wiem, że chcę tu być, ale tak samo mocno chcę dbać o moje inne pasje, niż pisanie. Te, które rozwijam w świecie poza internetowym.

Nie wiem jeszcze co z innymi społecznościówkami, ale nie chcę robić nic na siłę. Tak jak zrobiłam porządek w swojej głowie, tak potrzebuję porządku w mojej obecności w social mediach. Daleko mi do porad marketingowców bądź wszędzie. Teraz szukam miejsc, gdzie po prostu jest mi dobrze. Blog i Instagram na pewno do nich należy.

Co z resztą? Czas pokaże. 🙂

 

Dagmara Sobczak
dagmarasobczak88@gmail.com

Hej! Jestem Daga. Socjolog z wykształcenia, ale i z zamiłowania. Moją misją jest działanie, pomaganie i inspirowanie. I wiesz co? Robię to na milion różnych sposobów. :)